Camino Dzień 64

Droga św Jakuba – pieszo z Polski do Hiszpanii

Dzień 64 15.08.2012 r.

El Acebo – Pieros

Z uwagi na to, że El Acebo znajduje się na samym szczycie góry a pogoda mało sprzyjająca, schronisko można było opuścić dopiero o 7 rano. Od tej godziny było serwowane śniadanie. Oczywiście francuskie… 8 sznytek z dżemem – może dojdę na tym do następnej wioski :)
Z racji tego, że dziś wkroczymy wszyscy do Galicji, przed wyjściem jeszcze instrukcja od Hospitalero.. w Galicji nie pić wody z fontann (zdarzały się jakieś dury brzuszne, sam spotkałem później Texańczyka, który wylądował z tego powodu w szpitalu) – tylko z kranu – brać z alberg albo z barów. Uważać na złodziejaszków, działają w albergach i na trasie – to profesjonaliści! Uważać na bardzo przyjaznych ludzi, zwłaszcza chodzących we dwóch – to złodzieje… i tak dalej. Wzbogacony wiedzą wyszedłem. Przywędrowałem do miasteczka Molinaseca, piękna mieścina w dolinie. Tam zaskoczenie bo jest jakaś Msza o 10 w ładnym zabytkowym małym kościółku. Stwierdziłem , że dobra – poczekam te pół godziny.

Wszedłem, znalazłem sobie przytulne miejsce z boku pod ścianą gdzie mogłem zmieścić się z plecakiem. Położyłem go pod umiejscowioną na piedestale na ścianie figurą sw. Antoniego.
Ale oczywiście jakże by inaczej… po nabożeństwie niemiły incydent. Chciałem podnieść ciężki plecak, trzeba to robić gwałtowni bo strasznie jest tłusty a ja chudy, i tak też to zrobiłem. Złapałem za ramiączko i odchyliłem się gwałtownie do tyłu. W tym momencie uderzyłem głową w piedestał figury, który był nade mną. Zapomniałem o nim. Ale tak walnąłem, że aż słabo mi się zrobiło. Wazon z kwiatami, który stał obok figury, spadł mi na kark, a woda z niego wylała mi się na głowę i za kołnierz. Na szczęście wazon był plastikowy. Dobrze, że figura (zabytkowa) nie spadła. Ludzie podbiegli i pytają czy wszystko ok, nie patrząc mi się w oczy ale na czoło. Mówię, że tak i przepraszam za wazon i kwiaty.. później zrozumiałem o co im chodziło – na czole rozcięcie. A guz na szczęście nie był zbyt wielki ale czapki już nie dałem rady wciągnąć.
Trochę zdewastowany przeszedłem przez to miasteczko… kierunek Ponferrada.
Spokojnym krokiem maszerowałem przez kolejne odludne wioseczki. W jednej był drobny sklepik więc bagietka i sardynki posłużyły mi za drugie śniadanie, które zjadłem na ławce obok wejścia.
Po takim posiłku już nic mnie nie mogło powstrzymać przed dotarciem do Ponferrady. Gdy tam zawitałem, zorientowałem się dlaczego na takim odludziu była Msza o 10. Dziś jest 15. sierpnia czyli uroczystość. Wszystkie duże sklepy zamknięte ale plus taki, że zabytki udostępnione za damkę. Przeszedłem się po zamku i ruszyłem dalej na szlak.
Paręnaście kilometrów dalej natrafiłem na śmiesznego typa, który serwował sałatki owocowe donativo. Usiadłem na chwilę i pogadałem sobie z nim i pielgrzymami. Zrobiłem oczywiście zdjęcie.
Dalej szukałem jednak przede wszystkim albergi z kuchnią, bo jedyne co miałem do jedzenia to makaron. Znalazłem taką w Pieros.
Dzięki dzisiejszej przygodzie mam przynajmniej pamiątkę z Camino na długo – do dzisiaj zdobi moje czoło.