Dzień 47

Dzień 47

niedziela 29.07.2012
Seant-Jean-Pied-de-Port – Roncevaux

Rano zjawiłem się na Mszy św. Była w języku baskijskim. Hm.. zrozumiałem z niej tyle, co zrozumiałem z takiej po francusku. Ale wdzięczność za udaną pielgrzymkę przez Francję na szczęście mogłem wyrazić po polsku.

Nawinął się Florian… a już myślałem, że wyprzedziłem chłopa o ten jeden dzień. Nic z tego.. ja dotarłem do St Jean o 16 a On o 19. I już go nie ostawię bowiem Florian tu kończy pielgrzymkę. Będę musiał żyć z tym że przeszedłem tą trasę w tempie 60-letniego faceta ;)
Słowak właściwie jedzie jeszcze do Lourdes, to chyba jakieś 70 km stąd. Ja też chciałem tyle, że nie pociągiem za 40€ w jedną stronę lecz na stopa.
Porobiłem jeszcze kilka zdjątek korzystając z obecności mojego przyjaciela z Południa po czym poszedłem na obrzeża miasteczka by złapać okazję. Ustawiłem się ładnie za zakrętem, kciuk w górę, kocie oczy i czekam… czekam… czekam…
Zatrzymuje się pierwsza fura jakieś 5 metrów za mną. Biorę plecak i biegnę. Patrze przez szybę jakby na potwierdzenie zaproszenia a tu babcia z dziadkiem szukają czegoś na mapach rozłożonych na kolanach. Wymiana głupich spojrzeń i wróciłem na bazę.

Żeby było śmieszniej – jeszcze 2 razy miałem taką sytuację. Trafiły się też 3 miłe osoby, które akurat jechały do mniejszego jakieś miasteczka 5 km za St Jean. Generalnie od 10:20 tylko 5 aut i lipa. Wybiła 12 :00. O tej godzinie mogłem najpóźniej wyruszyć na szlak, do mety etapu – prawie 30 km przez Pireneje, dawałem sobie te 7 godzin na taki dystans.
Parę minut zajęło mi wyjście z miasta. Droga w zasadzie cały czas pod górę, aż do samego Roncevaux, przed którym jest jedynie gwałtowne zejście.Widoki na szlaku piękne, monumentalne szczyty, nieposkromione góry… Pireneje są wspaniałe, mimo iż wysokość to jedynie nieco ponad 1000 m n.p.m. Ale różnica poziomów między dolinami a wierzchołkami była na prawdę spora.

Po drodze mijałem jedno schronisko, bardzo zatłoczone. Bardziej wyglądało na restauracje dla turystów, nie mniej – widoki przepiękne bowiem było to niemal na jednym ze szczytów. Kawałek dalej, przy asfaltowej drodze usadowił się Francuz w busie. Miał tak sklep, dawał też ostatni stempel we Francji.

No i dotarłem do Hiszpanii. Miasteczko to właściwie tylko klasztor i jakieś muzeum z restauracją + pensjonaty. Zakwaterowałem się tyle. Sala, na której stoi 100 piętrowych łózek. Daje mi to już jakieś rozeznanie jak odmienny jest szlak w Hiszpanii od moich poprzednich. Ale każdy z tych moich 3 etapów jest inny i to jest dla mnie ważne. Z każdego muszę się nauczyć wyciągać naukę i czerpać mądrość.